***
„Najbardziej doniosłym uderzeniem asteroidy w naszą planetę o którym wiemy, było to sprzed około 65 mln lat, które doprowadziło do wyginięcia dinozaurów. Asteroida o średnicy około 10 km uderzyła w wybrzeże półwyspu Jukatan, zmieniając oblicze życia na Ziemi na zawsze.”
Powyższe fakt, sprzed wielu laty mogliśmy znaleźć w każdej naukowej książce o naszej planecie, w encyklopediach, Internecie czy gazetach. Później tę informację przekazywały nam platformy sprzętowe takie jak okulary rozszerzonej rzeczywistości , stale rozwijające się apki na smartfonach, nasze ulubione „earable” czyli mini słuchawki, które pomimo, że wkładało się do ucha, miały w sobie zbudowany mikroczujnik mikrofonowy, dzięki czemu urządzenie to słuchało tego co mówimy, w kilka nanosekund przetwarzało informację a następnie znajdowało odpowiedź lub rozwiązanie, które było przekazywane niczym niegdyś Siri. Ulubionym sprzętem ludzkości był jednak interfejs mózg-komputer czyli najprościej w świecie mówiąc ekran, który dzięki sterowaniu naszymi myślami pokazywał dokładnie to, co chcieliśmy zobaczyć.
MOGLIŚMY. To dobre słowo.
A sformułowanie faktu, o którym była przed chwilą mowa musiało przejść wyraźną korektę, ponieważ najbardziej doniosłe uderzenie komety miało miejsce w 2126 roku, czyli dokładnie trzynaście lat temu a efektem tego wydarzenia było wyginięcie siedemdziesięciu procent populacji na naszej planecie. Na tamten czas świat liczył niecałe dziewięć i pół miliarda ludzi. Największa apokalipsa wszech czasów pozostawiła po sobie jedynie trzy miliardy istnień, ogromne zniszczenia i cierpienie, które pozostaje z nami po dziś dzień.
8 sierpień, 2126 rok. Pamiętam ten dzień tak przejrzyście jak żaden inny, pomimo, że miałam wtedy tylko dziesięć lat.
Wiadomości w radiu bębniły już od samego rana, zapodając jeden z najbardziej zapierających dech w piersiach komunikatów o zbliżającej się komecie, która miała przelecieć tak blisko ziemi jak jeszcze nigdy wcześniej. Wszyscy byli podekscytowani informacją, że będą mogli zobaczyć ten fenomen na własne oczy w ciągu zwyczajnego, niczym niewyróżniającego się słonecznego dnia. Media opowiadały o tym jak naukowcy odkryli to wspaniałe zjawisko kilka tygodni wcześniej. Według NASA pojawiła się zupełnie znikąd, być może z innego układu słonecznego. Pocieszającym dla wszystkich wytłumaczeniem było to, że odłamki komety w stu procentach nie uderzą w siebie, ponieważ wcześniej spalą się w atmosferze. Zresztą nikt nie uwierzyłby, że mogłoby być inaczej. Przecież nauka przez ostatnie sto lat poszła tak bardzo do przodu, iż nie byłoby możliwości aby ktokolwiek do tego dopuścił posiadając takie możliwości, zasoby i specjalistyczny sprzęt, który przestraszyłby nawet samego diabła.
Tamtego dnia moja rodzina organizowała niezobowiązującego grila, jak często miała w zwyczaju. Pojawiło się kilku członków rodziny i najbliższych przyjaciół. Pamiętam zapach świeżych ziół, widok promieni słońca wpadających przez okno do kuchni i dźwięczny śmiech mojej mamy. Wszystko wydawało się być tego dnia idealne i nikt nie spodziewał się zbliżającej się tragedii.
Wszystko zmieniło się w momencie, kiedy tata wrócił z zakupów. Mama poprosiła go wcześniej żeby pojechał dokupić kilka butelek win, musztardę i jakieś warzywa. Kiedy zobaczyłam go w drzwiach, jego mina wskazywała zaskoczenie i niepokój. Na jego twarzy nie było ani krzty uśmiechu. Przynajmniej tego, który pojawiał się wcześniej, gdy wychodził. Usłyszałam tylko jak mówi do mamy, że dostał alert prezydencki. Telefon od kogoś z władz rządowych, który nakazywał o wybraniu się do schronu wraz z rodziną. Tylko najbliższą rodziną. A to miało oznaczać tatę, mamę, mojego młodszego brata Blaze’a i mnie. Jak się później okazało, tego typu telefon dostawali tylko „wybrańcy”. Najlepsi inżynierowie, architekci, lekarze, programiści, badacze naukowi, jednostki administracji publicznej, cyber analitycy czy twórcy organów. Cała branża biotechnologiczna, energetyczna, inżynieria energii odnawialnej czy przewodnicy po kosmosie.
Mój ojciec był wybitnym inżynierem, który odpowiadał za tworzenie największych budynków na świecie. Właśnie dlatego dostał ten telefon. Właśnie dlatego był dla nas cień nadziei.
W pewnym momencie ktoś włączył telewizję. Prosili o zachowanie spokoju i czekanie na dalsze informacje. Tata nie wiedzieć czemu wyszedł na zewnątrz, bo zauważył przez okno coś niepokojącego. Okazało się, że były to wznoszące się w chaosie czarne ptaki. Następne sekundy mam wrażenie, że trwały w nieskończoność. Gdy tylko przekroczył próg tarasu, ogromna fala uderzeniowa powaliła go na ziemie. Wrócił szybko do środka, gdy mama wpadła mu w ramiona pytając czy nic mu się nie stało. W tym samym momencie telewizja ogłosiła, że fragment komety wielkości stadionu futbolowego spadł w okolicach Florydy. Wideo, które wtedy zobaczyłam było czymś najstraszniejszym co ujrzały nie tylko moje oczy ale zapewne oczy każdego zebranego w naszym domu i nie tylko. Spadająca czerwona błyskawica ognia sprawiła, że całe miasto stanęło w płomieniach, pozostawiając po sobie tylko proch. To uderzenie pociągnęło za sobą czterysta tysięcy istnień, tylko na samej Florydzie. Skali zniszczeń nie dało się opisać, a był to dopiero jeden odłamek z ogromnej ilości kolejnych, o których wtedy nie mieliśmy pojęcia.
Wydaję mi się, że to był moment, w którym moi rodzice zrozumieli co zaraz nastąpi. Wieść o telefonie do schronu spowodowała ogromny mętlik i panikę. Wszyscy pytali tatę dlaczego oni jeszcze nie dostali takiego telefonu i co to ogóle oznacza. Mama zaczęła na szybko pakować najpotrzebniejsze rzeczy. Mieliśmy ze sobą dwie torby i nawet nie było czasu, na spakowanie kolejnych. Poczułam silną dłoń taty, który złapał mnie za moją dłoń. Blaze płakał u mojej mamy na rękach gdy kierowaliśmy się w stronę samochodu. Tata przez szybę rozmawiał z jednym z sąsiadów, który oznajmił z przerażeniem, że wszystkie loty poza wojskowymi zostały odwołane. Zapytał co ma zrobić. Mam wrażenie, że tacie brakowało wtedy słów. Powtarzał, że może jeszcze dostaną telefon i wszyscy spotkają się w schronie, ale wydaję mi się, że sam w to tak naprawdę nie wierzył. Tragedia i rozpacz rodzin, które w jakiś sposób starały się uchronić była nie do wytrzymania dla ludzkiej psychiki. Doskonale pamiętam płacz mamy, mój strach i bezradność ojca kiedy przed maską naszego samochodu pojawiła się nagle pani Johnes, trzymając w ramionach małą Radie, błagając byśmy zabrali ją ze sobą. Tata resztkami swoich sił przepraszał, mówiąc, że nie możemy jej zabrać, pomimo błagań mojej mamy i mamy Radie. Usłyszałam tylko jak pani Johnes w efekcie załamania i goryczy nazwała tatę sukinsynem. Mama zapytała wtedy tatę, dlaczego nie możemy jej zabrać. Odpowiedział jej, że zabralibyśmy ją tylko po to, żeby następnie pozostawić samą na pastwę losu na lotnisku, ponieważ nikt by jej nie wpuścił do samolotu. Bo Radie miała tego ogromnego pecha nie będąc wybrańcem. Odjechaliśmy, a ja patrzyłam w tylnią szybę, zapamiętując na zawsze płaczącą buzię Radie.
Eskapada niesprawiedliwości tego dnia przekroczyła wszelkie limity, gdy w między czasie Biały Dom i Urząd Zewnętrznego Bezpieczeństwa milczeli. Nie chcieli wprowadzać paniki, oczekując aż wszyscy wybrani znajdą się w schronach przed nieuniknioną zagładą narodu. Narodu, który później okazał się całym światem.
Przed wejściem na płytę postojową wojskowych samolotów działa się istna katastrofa. Liczba ludzi, którzy próbowali się dostać za bramę była niewyobrażalna. Ogrom krzyków, chaosu i rozpaczy zapoczątkował obraz ludzkiego koszmaru. Tata pociągnął nas do samego przodu w błyskawicznym tępie. Jeden z wojskowych zeskanował nasze kody dostępu, a po chwili wręczył nam opaski, które po chwili oznaczały się na naszych nadgarstkach.
Ostatnim obrazem, który na stałe zagościł w mojej pamięci była sytuacja, gdy wycofali pewną rodzinę, której członek - mały chłopiec, prawdopodobnie w podobnym wieku do mojego, był chory na niewydolność serca. Jego tata musiał koniecznie wrócić się po potrzebne lekarstwa, które wypadły w drodze do samolotu. Gdy władze się o tym dowiedzieli, natychmiastowo dali znać osobom trzecim, którzy wyprowadzili całą rodzinę z samolotu. Wtedy nie miałam pojęcia dlaczego tak się stało. Nie miałam odwagi zapytać bo łzy, które wzbierały się w moich oczach nie mogły mi na to pozwolić. W momencie gdy chłopiec spojrzał w moje mokre oczy, poczułam ból, które moje dziesięcioletnie serce nie potrafiło zrozumieć. Po chwili zniknął z zasięgu mojego obrazu. Przytuliłam głowę do piersi ojca, zastanawiając się jak będzie wyglądać kiedyś życie.
Z racji tego, że od zawsze mieszkaliśmy w Kolorado, nasz samolot skierował się do jednego z największych bunkrów na świecie znajdującego się w Atchison w stanie Kansas. W samych Stanach Zjednoczonych znajdowało się trzysta tysięcy schronów, co mogłoby uratować niecałe sto milionów ludzi. Pamiętam doskonale moment spadnięcia komet. Ogromny huk i trzęsienia trwały sekundy, minuty a może godziny. Czas płynął wolno, a może i szybko. Życie toczyło się zupełnie inaczej niż wcześniej. Nie mieliśmy pojęcia ile spędziliśmy w schronie do czasu, gdy nadszedł czas otwarcia bunkrów, a my usłyszeliśmy przez radiowęzły głosy z całego świata. Rosja, Chiny, Szwecja, Wielka Brytania, Nigeria, Grenlandia, Sydney i wiele innych witało się z nami, dzieląc się wspólnym szczęściem o szansę na przeżycie.
„Popiół wreszcie opada, prawie wychodzi słońce. Nie widać znaków promieniowania. To było długie jedenaście miesięcy pod ziemią”.
***
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz